Ostatnimi czasy parę razy natknęłam się u ludzi na taką biedotę światopoglądową, że aż zainspirowała mnie ona do napisania tego posta. Nie będę tutaj nikogo wskazywać palcem, ale myślę, że większość osób po przeczytaniu opisu skojarzy jakieś przykłady wpisujące się w niego w całości lub częściowo.
Może się mylę, może gdzieś zrobiłam błąd, ale obserwacja społeczeństwa sprawiła, że doszłam do wniosku, że niektórzy po prostu nie zastanawiają się nad swoim światopoglądem i jego źródłem. Na ogół są oni tacy schematyczni, prawie wręcz stereotypowi, ale jest to wynikiem ich własnego wyboru. Na ogół to jest tak, że jeszcze za dzieciństwa wbija się w człowieka dany zestaw pouczeń, wiedzę do której trudno ustosunkować się w tak wczesnym wieku. I kiedy taka mała główka nasiąknie takim brudnym światopoglądem, to często zamiast zanalizować go i zobaczyć jak bardzo odbiega on od rzeczywistości, oni wolą kontynuować życie, rozpowszechniając go jeszcze dalej. Pomocą wtedy okazuje się podświadomość, do której dany przykład spycha po cichu rozkaz mówiący o wmówieniu sobie, że dana filozofia jest właśnie tą, którą on stworzył sam.
Dzisiaj zaprezentuję moje dzieło natchnione kilkoma podobnymi wydarzeniami, których doświadczyłam za gimbusa. Teraz uznałam, że jest to z jednej strony śmieszne, a z drugiej życiowe, więc nabazgrałam na szybko komiks w Fotosklepie, bo nic nie przemawia tak do człowieka jak śmieszne buźki rysowane na odwal. Myślę że pomimo wielu wyolbrzymień, znajdą się osoby, które zrozumieją zaistniałą w komiksie sytuację. Zbieżność jakichkolwiek nazw czy wyglądu wizualnego oczywiście zupełnie przypadkowa.
Nie powinnam robić tak długich przerw pomiędzy poszczególnymi postami, ale przez ostatnie kilka tygodni ani razu nie zbiegły się ze sobą chwile, w których miałabym czas z tymi, w których posiadałabym chęci do pisania. Chociaż umieszczanie kolejnych postów na blogu jest czynnością absolutnie przyjemną, wymaga jednak zebranie myśli i ogarnięcia jakiegoś konkretnego tematu. W przeciwnym wypadku mój blog cofnąłby się w rozwoju i powróciłabym do jakości wpisów sprzed roku czy dwóch.
Tym razem chciałabym napisać o denerwujących mnie zachowaniach stadnych, występujących zbyt często w społeczeństwie. Standardowi przedstawiciele tego zagadnienia, popularnie zwani bydłem (oczywiście jedynie jako całość; stosowanie tej nazwy do jednostek mijałoby się z celem oddania w jednym słowie charakterystyki danej grupy skupiającej się na samym byciu grupą) nie są mniej inteligentni od pozostałych ludzi; ich przynależność dotyczy głównie braku chęci wykonywania tak złożonej i skomplikowanej czynności jaką jest samodzielne myślenie. Osobiście mój pogląd na psychologie człowieka składnia się w stronę porównania go do czystej karty, którą zapisuje przez całe swoje życie. Tak zwane bydło wtedy można porównać do nadruku seryjnego na całym pliku kartek. A szkoda - przecież tak wielu z nich umie doskonale pisać.
Myślę inaczej niż kiedyś. Pewnie hierarchia ważności moich myśli zmieniała się od początku mojego życia, ale dopiero teraz - kiedy od kilku lat skupiam się na samej czynności myślenia - wyraźnie widzę różnicę. Mój mózg się starzeje i ciężko powiedzieć, czy wychodzi mu to na dobre. Z jednej strony, moje myśli stały się "czytelniejsze", łatwiejsze do zamienienia na słowa, z drugiej, ich obrazowość i metaforyczność sprawia, że często mówiąc o jednej rzeczy mam na myśli coś zupełnie innego.
Nie będę bawiła się teraz we wstępy (właśnie przed chwilą cały akapit poznał potęgę klawisza dilit), po prostu napiszę, co bym chciała i "wrócę" do lekcji. Czasem po prostu grafomania jest na tyle wkurzająca, że nie pozwoli mi się za cokolwiek zabrać, zanim nie postukam trochę w klawiaturę.
Wczoraj przyszło mi na myśl pewne porównanie. Mówi się ogólnie, że życie jest sztuką, ale tym razem znalazłam zupełnie odmienny argument od tych, które do tej pory słyszałam. Można wręcz powiedzieć, że przy nim wszystkie inne zdały mi się nagle dziecinnym schematem, powtarzanym przez wszystkich mądrych, bo tak. Moje porównanie skupia się bardziej na tym, czego ja doświadczyłam i nadal doświadczam w swoim życiu, które jednak zmienia się z każdą chwilą.
Rozwijanie umiejętności plastycznych jest takim obrazem rozwoju ludzkiego umysłu. Zaczyna się od zera, zawsze. Potem, już na sam start człowiek atakowany jest przeróżnymi schematami - niektóre z nich są zupełnie oczywiste do odrzucenia: wiara w świętego Mikołaja, rysowanie oczu jako dwóch czarnych kropek. Dowiadujemy się coraz więcej, ale nie są to zawsze rzeczy prawdziwe - w wieku dziecięcym zazwyczaj są to durne szablony myśli, jak to, kim mamy być, w co wierzyć, jak się zachowywać. Kiedy dziecko uczy się rysować, zwraca uwagę na postacie w malowankach, kreskówkach - ich śmieszne kilkuwarstwowe oczy, kuliste twarze, malutkie lub olbrzymie dłonie (w zależności od tego, skąd czerpie "inspirację") i tak dalej. Potem kontynuuje tę drogę, przerzucając się z jednych schematów na drugie, wzorując się na innych ludziach, choć niekoniecznie na właściwych.